Dobry związek w zmiennych czasach

019e1a23656a2695619869f256b1dd6fffbe0ada6dOdchodzimy nie tylko ze związków złych, ale także z tych dobrych. W oczekiwaniu, że należy nam się coś lepszego, gdy tu tracimy jedynie czas. Czy dobry związek zależy tylko od partnera, czy ważne jest jednak, kim my sami jesteśmy?

– Dobry związek to jaki?

DR JOANNA HEIDTMAN, psycholog – Nie pokusiłabym się o jedno określenie, bo przecież ludzie są różni i w różnych relacjach odnajdują satysfakcję i szczęście. A jednak z badań i obserwacji wynika, że dobry związek to taki, który trwa mimo zmian i gorszych momentów partnerów, a nie „wypala się” po pierwszych kilku miesiącach fascynacji. Musi więc być coś więcej niż „chemia”, która daje nam napęd na początku. A to bierze się ze wspólnego doświadczania różnych sytuacji – łatwych i trudnych.

 

– Psycholodzy mówią, że z dobrego związku ludzie nie odchodzą, ja mam przeciwne obserwacje – ludzie latami nie odchodzą ze związków złych, a dobre porzucają, bo chcą mieć jeszcze lepsze, ale z kimś innym. To trochę przypomina dzisiejszą pogoń za wieczną młodością, niezgodę na przemijanie – chirurgia plastyczna chwilowo pomoże, podobnie jak nowy partner – ale problem zostaje.

 

DR JOANNA HEIDTMAN – Tak, takie trwanie w związkach, które są już puste (określenie prof. Wojciszke) ranią nas, niszczą poczucie wartości itd., jest częste tam, gdzie ludzie mimo złych doświadczeń nie potrafią wyjść ze strefy własnego komfortu (tego, co choćby nawet złe, to znane, więc bezpieczne), dokonać zmian. Niejako „uzależniają się” od tej  stale powtarzającej się  w ten sam sposób gry wewnątrz związku i tylko w ten sposób potrafią funkcjonować. Każde z nich wie jaki będzie scenariusz na daną sytuację, co stanie się dalej i jaki będzie rezultat – kto wygra, a kto przegra. Jednak zazwyczaj tak naprawdę przegrywają oboje – ponieważ nie ma już zaufania, otwartości, ani spontaniczności w okazywaniu emocji.

Z drugiej zaś strony mamy związki, które dają obu stronom dużo radości, ciepła, satysfakcji, ale jednak któregoś dnia partnerzy zaczynają poszukiwać na nowo ekscytacji związanej z pierwszymi fazami zakochania, nabierają przekonania, że ktoś będzie ich lepiej rozumiał, bardziej uszczęśliwi. Czasem to po prostu sygnał koniecznej zmiany wewnątrz związku, chwilowego kryzysu, który musi się pojawiać w każdej autentycznej i żywej relacji. Ale jeśli jest to podsycane na modlę konsumpcyjnego modelu życia przekonaniem: „gdzie indziej mogę otrzymać więcej”, to przestaje być dla związku rozwojowe, a staje się zabójcze.

 

– Związki toczą się od kryzysu do kryzysu, ale my, w relacjach, spodziewamy się głównie zysków… Kryzys oznacza dla wielu z nas koniec relacji. A może być przecież wskazówką do dobrej zmiany.

DR JOANNA HEIDTMAN – Nie jest to prosta sprawa. Rzeczywiście „życie jak w reklamie”, które proponuje się nam w przekazie medialnym (i mam tu na myśli nie tylko przekazy reklamowe, ale niektóre typy książek, filmów, przekazy w prasie) może mocno odstawać od tego, co realnie dzieje się relacjach. Bez uczucia, woli, odpowiedzialności, związek nie przetrwa. Ludzie „inwestują” na początku w relację (czas, uwagę, emocje), ale potem często chcą zobaczyć szybkie „korzyści”, które z niego wynikają i żeby reszta toczyła się sama i bez większych komplikacji. Mam wielki szacunek do tych mężczyzn i kobiet (w różnym wieku), którzy zdają sobie sprawę z tego, że do ogniska dokładać trzeba stale i że czasem w tej czynności warto się zastępować – bywają okresy, że jedno z nich ma kłopot na zewnątrz związku (np. kwestie zawodowe, zmiany pracy itd.) i wtedy to drugie bardziej dba o „całość” ich relacji. Ale kiedy przychodzą inne trudności, znowu zamieniają się przy sterach. Nigdy statek, którym jest ich związek nie dryfuje. To wymaga dużej świadomości, miłości, determinacji.

 

– Pokusiłaby się Pani o społeczną diagnozę? – dokąd, w miłosnych związkach, zmierzamy? Na naszych oczach zmieniają się definicje związku, a nawet małżeństwa, pobierają się ludzie tej samej płci, adoptują dzieci – stary porządek przemija, ale też rodzi się, na drugim biegunie, radykalizm, w obronie dawnych wartości, niekiedy nawet w sposób skrajny.

DR JOANNA HEIDTMAN – Istotnie, żyjemy w czasach zmian tradycyjnych wzorów zachowania. Małżeństwo przez stulecia nie było czymś, co wiązało się ze swobodnym wyborem, wyznaczanym przez uczucia. Wyzwoliliśmy się ze schematów i reguł, stawiając na indywidualizm i jednostkową wolność. Ale to oczywiście jest trudniejsze. Trzeba dokonywać trudnych wyborów, mieć w sobie dużo samodyscypliny, siły. Rzeczywiście trwałość ludzkich relacji jest zagrożona – „żyjemy szybciej, ale mniej dokładnie” parafrazując słowa Wisławy Szymborskiej.

 

– Może dlatego, że więcej wymagamy od innych a mniej od siebie? Widziałam w Internecie taką „inspirację psychologiczną”: Rozmawiają syn z ojcem. – Tato, jak powinienem znaleźć tę właściwą kobietę? – Zapomnij o znalezieniu właściwej kobiety – mówi ojciec – i skup się na tym, aby być właściwym mężczyzną”. Może tu jest rozwiązanie, jak pani uważa? Gdzie jest ta równowaga? Jak ją odnaleźć?

DR JOANNA HEIDTMAN – Bardzo ładny cytat. I mądry.  Rzecz w tym, żeby nie skupiać się całkowicie na braniu. Czy mnie będzie dobrze? Czy to mnie to uszczęśliwi? Czy będę zadowolony/zadowolona? Warto postawić sobie dość ważne pytanie, które potem może stanowić o jakości naszych związków: Co ja mogę i chcę zaoferować drugiej stronie? Co (z radością) wnoszę do związku i jak mogę i chcę dodawać szczęścia drugiej osobie? Problemem jest często poczucie własnej wartości i zaufanie do drugiej strony. Kiedy spytałam pewnego mężczyznę dlaczego w chwili kryzysu nie próbował ratować swojego związku, mimo że mógł, a jego partnerka na to czekała, powiedział: „Bałem się odrzucenia”. Tak więc potrzebna jest jeszcze odwaga. I dlatego ważne jest by rodzice w procesie wychowania zaszczepiali dzieciom tę odwagę – do działania, wytrwania, a czasem do postępowania wbrew tym tendencjom, które rozbijają nasze związki.

Rozmawiała Renata Mazurowska

Dodaj komentarz