40plus – czas przełomu

Czterdzieści świeczek na torcie – zdziwiona czy raczej przerażona? – Z mojej perspektywy ten moment zapoczątkował ciąg znaczących wydarzeń, ale przyznam: także dlatego, że wzięłam swój los we własne ręce – po czterdziestce zdarzyć się może wszystko. i wszystko też zależy od Ciebie :)

Renata Mazurowska
Renata Mazurowska

Najbardziej przeraziły mnie moje 25. urodziny. Naprawdę. Przepłakałam je niemal całe. Byłam nieszczęśliwa, bo wydawało mi się, że oto przekroczyłam granicę bycia młodą i od tej pory będę się już tylko starzeć – no bo w perspektywie już tylko 30, 40, 50… Może zbiegło się to też z końcem studiów – a więc z jakąś utratą i poczuciem dużej odpowiedzialności, końcem beztroski i życia jedynie marzeniami, a początkiem starcia z życiem. Bardziej lub mniej udanym. Jest w końcu jakąś obiektywną prawdą, że czas płynie, ale to może wiązać się nie tylko ze stratami, lecz także zyskami, o czym przekonywałam się w ciągu kolejnych lat.

Trzydziestka minęła mi jakoś „po drodze”, zupełnie nie przywiązywałam do tej rocznicy znaczenia – może dlatego, że wiodłam szczęśliwe życie – zawodowe i prywatne, niby ustabilizowane, ale z drugiej strony pełne planów, nadziei i poczucia mocy. Czułam, że dopiero zaczynam – mam krótki staż w pracy, krótki w małżeństwie, za to bardzo dużo optymistycznych planów: za kilka lat dom z ogródkiem, dzieci, szczęśliwa rodzina, dochodowa i satysfakcjonująca praca. Ale… czy to miało mi spaść z nieba? Wtedy chyba myślałam, że tak. Dziś widzę, że żyłam głównie w przyszłości, którą kreowałam przede wszystkim w myślach… Miałam dużo energii, lecz też dużo jej rozdawałam – mało inwestowałam w siebie, mało skupiałam się na swoich sprawach. Ale to wiem dziś, z pozycji 40 plus – bo wtedy było mi dobrze, dopóki nie zaczęły pojawiać się straty… Ale one są częścią życia i zazwyczaj nie zależą od nas –  jest też jakimś plusem upływającego czasu, że pojawia się w nas pogodna akceptacja tego, czego zmienić się nie da, a swoje działania kierujemy w rejony, gdzie ten wpływ mamy, jednak po kolei…

Z ucznia w nauczyciela

Czterdzieste urodziny to moje ukochane wspomnienie – w maleńkim mieszkanku na Saskiej Kępie, przy upieczonym przeze mnie cieście, kilku butelkach niezbyt drogiego wina, z ukochanymi przyjaciółkami, kobietami bliskimi mojemu sercu, ważnymi wówczas  w moim życiu, które chciałam mieć tego dnia przy sobie i które też chciały ze mną spędzić ten dzień. Były dla mnie jak siostry, dawały mi siłę.

Znajdowałam się na takim etapie życia, że znów niejako musiałam je zacząć – poczułam ogromnie, wręcz fizycznie, że chcę się uczyć, dowiadywać, rozwijać. A ponieważ oprócz pisania zawsze interesowały mnie także relacje między ludźmi, postanowiłam pójść za marzeniem z młodzieńczych lat i dokształcić się w tej dziedzinie. Najpierw poszłam do Instytutu Psychologii Stosowanej na trzyletnie studia, ale je w połowie przerwałam – nie dlatego, że nie dałam sobie rady, przeciwnie – uznałam, że to, co chciałam, już tam dostałam. To był dobry czas – przeszłam trening interpersonalny, zobaczyłam, w bliskim kontakcie, emocje i przeżycia innych ludzi, całe nasze bogactwo, które na co dzień zazwyczaj w pracy czy służbowych kontaktach chronimy, zachowujemy dla siebie.

Im więcej doświadczałam, dowiadywałam się, rozumiałam, tym bardziej pragnęłam dzielić tę wiedzę z innymi. Jak mówi psycholog i trener dr Joanna Heidtman, to naturalny proces, także przywilej upływającego czasu – że z pozycji ucznia przechodzimy w pozycję nauczyciela – chcemy oddać innym to, czego sami już doświadczyliśmy, co wiemy, co znamy. Dostałam się do Szkoły Trenerów w Pracowni Psychologicznej Elżbiety Sołtys w Krakowie. Zdobyłam wiedzę, jak to jest pracować z osobami dorosłymi, już ukształtowanymi, jak wzmacniać i rozwijać ich zasoby. Ale nauczyłam się też wiele o sobie (i w tym procesie dowiadywania się wciąż jestem) – poznając swoje słabsze i mocniejsze strony. Z tej chęci przekazywania dalej zrodziły się także dwie książki, które napisałam po czterdziestce – przyznam, że jestem z nich dumna, z pierwszej chyba nawet bardziej, bo zmierzyłam się, wydając ją – z lękiem przed sobą samą, przed konfrontacją ze światem – ale z drugiej strony, gdy decydowałam się ją „puścić w świat”, byłam (i wciąż jestem) bardzo pewna jej wartości, duża w tym zasługa Pawła Droździaka, jej współautora. Myślę, że o tę pewność życiową po czterdziestce najbardziej chodzi. Już wiesz, kim jesteś, już siebie znasz – nie załamie cię czyjaś zła myśl, kąśliwa uwaga – owszem, będzie przykra, ale nie naruszy twojej konstrukcji. Dasz prawo innym myśleć po swojemu, ale swoje będziesz wiedzieć.

Rok temu podjęłam się wysiłku (bo jest to wysiłek, nie ukrywam) kształcenia się przez kolejne cztery lata w zawodzie psychoterapeuty. Mam nadzieję, że o jakości mojej pracy z ludźmi będą decydować moje umiejętności, a nie siwe włosy, choć fakt, że czas płynie, może być w tym zawodzie sprzymierzeńcem.

Jest też i miłość…

Podobno wyjść za mąż po czterdziestce jest statystycznie trudniej niż zginąć w katastrofie lotniczej. To nieprawda. Ja (ponownie) wyszłam za mąż, mając 45 lat, w dodatku w mieście, które kocham najbardziej – Paryżu. Ale mówiąc o miłości, myślę też szerzej – o życzliwości i pogodnej akceptacji w stosunku do siebie, do innych ludzi, do zwierząt, do świata, o zgodzie na to, co jest, o działaniu w sferze wpływu, o nietraceniu energii na rzeczy, które niszczą.

Co się może wydarzyć po czterdziestce? Wszystko, co tylko chcesz. U mnie to, co się pojawiło, było konsekwencją zmiany myślenia, zmiany podejścia do świata i siebie, pragnienia bycia przy sobie i bycia dla siebie – w dobrze rozumianej trosce o siebie. Sporo dawałam wcześniej innym, lecz z poziomu braku – dziś też chętnie jestem z innymi, ale w poczuciu, że mam coś dać, że jestem pełna i dzieląc się, niczego nie tracę, przeciwnie – bogacę się.

Czterdzieści plus to dla mnie czas tworzenia silnych więzi przyjaźni z innymi kobietami (choć były też rozstania, gdy więź okazała się słaba), dojrzewanie do miłości opartej na partnerstwie, na równowadze, wzmacnianie więzi rodzinnych z bliskimi, ale też więzi samej ze sobą, czyli głęboki rozwój osobisty, a co za tym idzie – samoświadomość. Uwierzyłam w siebie i pokochałam taką, jaką jestem, z wadami i zaletami. Jestem dla siebie dobra, dbam o siebie, starając się nie tracić czasu na sprawy i ludzi odbierających mi energię. Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych – choć oczywiście one są ważne, bo żyjemy w kulturze materialnej, gdzie aby przetrwać, musimy „mieć”. Ale ponieważ żyjemy też w czasie nieustających zmian, bezpieczeństwo musimy odnaleźć w sobie, nie na zewnątrz.

I tego właśnie nauczyła mnie czterdziestka! :)

Renata Mazurowska

artykuł ukazał się w Magazynie SENS, www.zwierciadlo.pl